niedziela, 31 grudnia 2017

Rozdział 11

Krzyniu

"Niedokończony batonik"

czyli historia niemająca związku z batonikiem

Ta książka powstawała na przełomie trzech lat. Jest duża szansa, że w tekście odnajdziecie debilne błędy, tudzież i zdania jedno na drugim - ponieważ mój edytor tekstu jest do dupy.
***
Rozdział 11
Poniedziałek. Słowo wypowiadane z największą wściekłością z ust gimbusów. Powstały liczne teorie, że ciągnie za sobą liczne powikłania i klątwy. A ów poniedziałek właśnie nadszedł.
Krzyniu uciszył ten pieprznięty budzik, brutalnie zrzucając go z komody. Chwilę analizował, w jakiej sytuacji się znalazł, a następnie otworzył jedno oko i spojrzał na zegarek. Patrzył na zatrważającą infromację, która mówiła: 6:59.
- Łosz ty! - zdumiał się Krzyniu, po czym stoczył się z łóżka, w locie się ubierając. W trybie ekspresowym zrobił sobie mleki z płatkiem i włożył buty.
- Idę! Nara. - rzucił w eter i wyszedł. Założył słuchawki i od tej pory nic już go nie obchodziło.
***
Oskar z Indii został przebudzony przez swoje słoniątko, majtające mu po twarzy trąbą jak odkurzacz.
- Eszże fila... pisont minut ino...
Słoniątko zatrąbiło głośno, skutecznie wyrzucając Oskara z łóżka.
- Ogar, Maniek! Bo skończysz w mielarce, jak Zbyszek.
Skruszone słoniątko opuściło trąbę, ale wciąż dawało nią dramatyczne znaki w stronę budzika. Oskar wreszcie zatrybił. Wpakował w siebie śniadanie w postaci baleronu ze Zbyszka, umył zęby słoniowym fluorem i wyszedł ze swego indyjskiego gmachu.
***
Krzyniu zasnął w ostatnim rzędzie foteli. Telepało tam jak cholera, ale to wpływało też na spanie.
- Wieliczka Cepeen; Wieliczka Petrol Stejszyn!
Drzwi otworzyły się i wszedł Oskar z Indii.
- Krzyniu!
Krzyniu poderwał się gwałtownie.
- Tak, kapralu, nakupiłem kiślu dla całego plutonu harcerzy!
- To świetnie, żołnierzu, ale tu nie ma żadnych harcerzy.
Krzyniu teraz zatrybił.
- Oskar! Miałem taki super sen! Śniło mi się... -
Zamilkł na chwilę i zrobił mądrą, acz tajemniczą minę.
- Co ci się śniło? - dopytywał się Oskar.
- Hmmm... Nie wiem, ale to coś miało trzy nogi.
Krzyniu uznał, że należy wyciągnąć z uszu słuchawki.
- Zaraz... A ty co tu w ogóle robisz? Przecież my jeździmy kompletnie innymi trasami.
- Indyjskie autobusy są dziwne i wysiadłem tu.
Krzyniu nie drążył tematu. Zaczęli gadać o internetach, kartkówkach i innych pierdołach.
***
Wysiedli na "Prokocim Szpital!; Prokocim Hospitol!".
- Umrzesz. - oznajmił Krzyniu. Oskar nie podjął tematu.
Nagle zobaczyli Sagana, idącego z drugiego przystanku.
- Witaj, obywatelu - rzekł Oskar z Indii do niego. Przywitali się (chociaż z Oskarem nie siadło) i ruszyli w stronę gimbazy.
- Są dzisiej jakieś tosty? - zapytał Krzyniu.
- Chyba nie - zastanowił się Sagan.
- Chociaż jest, z chemii.
Krzyniu parsknął soczkiem.
- Czo? Znowu???
- No, tak - olśniło Oskara. - Był już przesuwany cztery razy.
Krzyniu popatrzył na swój soczek.
- Nie było warto parskać nim z takiego powodu. Chemię poprawię, a soczku z chodnika nie wessam.
Oskar zrobił swą zjaraną minę, po czym ruszyli do gimbazjum.
***
- Ale ty jesteś z Wieliczki - zakończył tak samo kolejną dyskusję Surówek. Krzyniowi opadły ramiona.
- A twoja Bieżanowska i asfalt z XIV wieku?
Rozmowę przerwał dzwonek na chemię, co wszyscy, oprócz Basi przyjęli z przerażeniem. Wczłapali do klasy, ale czekała ich miła niespodzianka.
- Sprawdzian będzie ZNOWU przełożony - oznajmiła Pani G. Nie wydawała się szczęśliwa z tego powodu, ale nie należała do tego typu nauczyciela, dla którego uczeń jest tylko obiektem zarobkowym. Nauczała trudnego przedmiotu, ale dobrze uczyła i rozmawiała z uczniami jak z ludźmi. - Dziś pani dyrektor będzie nas wizytować, także... - pogroziła palcem.
Odpowiedzią były pojedyncze uśmiechy, ale do wszystkich dotarło, by ograniczyć standardową głupawkę.
Dyrektor Magister Inżynier Jolanta Skurcz wpatrywała się w klasę.
Było to uprzejme, acz przerażające spojrzenie.
- No dobrze - oznajmiła chemiczka. - To teraz zajmiemy się kowalencyjnością elektronu w protonie.
***
Jakoś dotrwali do końca lekcji. Po wynikach kartkówki z majcy i tak wszystkim szumiało w głowach od słowa "ndst", ale szli ucieszeni poprzez chodnik. Był tam Surówek, Jurek, Oskar, Abram, Samarytanin i Kicaj.
Krzyniu kupił ogórka kiszonego w warzywniaku.
- No to do widzenia - oznajmił Abram na koniec i poszli w swe strony.
Krzyniu, Jurek, Samarytanin i Kicaj ruszyli w stronę przystanku.
- Dyyy! - rzekł Jurek ze swym jurskim akcentem.
Krzyniu popatrzył na niego.
- Fascynujące.
Jurek zaśmiał się, ale brzmiało to też jakby jadł właśnie żywe prosię. Doszli do przystanku. Krzyniu zauważył kątem oka nadjeżdżające 304, ale gdy zobaczył wystające przez okno ludzkie nogi, zrezygnował z wsiadania. Całkiem puste 204 będzie tu za minutę.
- Przydałoby się, jakby ludzie wyparo...
Nie dokończył, gdyż Jurek został zbombardowany gruszką. Zadziwiony Krzyniu spojrzał w górę i ujrzał Samarytanina. Samarytanin ciskał w lud gruszkami, ale w końcu gruszki się skończyły i zszedł.
- O, jest mój srajbus - rzekł Krzyniu i wszedł do środka (choć właściwie nie wszedł, lecz został wtłoczony).
Reszta patrzyła się na niego, oczekując upragnionego krzyszkobusa, ale on jeździ co półtorej godziny.
***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz